czwartek, 16 sierpnia 2012

Przereklamowane...

Dobra dość pierdolenia o niczym, czas na konkrety.

Top 10 najbardziej przereklamowanych filmów (serii) ever.


1. Titanic - no wiadomo: film wszech czasów, największa miłość jaka stąpała po tej ziemi, najpiękniejszy wyciskacz łez w całej historii kinematografii. Czy czasem tu kogoś nie oszukano? Jasne, mając 10 latek gdy byłem wychowywany na smerfach, a jedyne co się wtedy podziwiało był Kevin Sam w Domu to robiło wrażenie. Wybuchy, piękne pocałunki, goła Winslet i piękny rzut wisiorkiem po którym się płakało cały tydzień tylko temu, że po wodzie pływa jakaś deska. Ale teraz? Czy serio człowiek, który widział masę filmów, tysiące podobnych historii, przeszedł tą samą drogę od zera do bohatera tym razem wzrusza się trzy razy bardziej tylko temu, że muzyka głośniejsza i smutniejsza, a sceneria taka piękna? Generalnie Cameron to największy oszust we współczesnym kinie, sprzedaje ludziom bez przerwy to samo sam zbierając za to najwięcej kasy. Patos, absolutnie nierealne postaci (no bo można być tylko bardzo dobrym albo złym no nie? Postać Cala to już w ogóle bardzo śmieszna sprawa), kiczowatość, nadużywanie dramatyzmu, sceny 'na granicy' i generalnie absolutny debilizm czasami całej historii. Good job, James!

Tak w ogóle jest jedna absolutnie zajebista scena w filmie, a tak rzadko wymieniana: scena z orkiestrą, która zostaje do końca przedstawienia. Wreszcie coś do przemyśleń. Bo największe piękno jest ukryte, czyż nie? 

Nie uważam też filmu za totalne dno, bo warto mu poświęcić te dwie godzinki. Trochę tylko mi szkoda ludzi, którzy nabrali się na tanie amerykańskie sztuczki. No i 8 oscarów? Noł łej!



2. Avatar - ostatnio wyprzedził bodaj Titanica jeśli chodzi o największe zyski w historii kina. Czyż Cameron nie jest geniuszem w wyciąganiu kasy od kinomanów? Zarobił też na mnie, ale ja nie wierzyłem jemu tylko ludziom, którzy mi to polecali, a było tego w cholerę. Jak zrobić przebój kinowy?

Weź jakiś film animowany o którym już nikt nie pamięta (np. Pocahontas) -> gadaj przez rok, że w filmie będą najlepsze efekty 3D jakich jeszcze nie było* -> dołóż trochę Titanica, szczypta ufoludków i złych ludzi jakimi nie chcielibyśmy być bo przecież my tacy nie jesteśmy -> walnij to oczywiście w trójwymiarze, nie dość, że przyciąga ludzi to zyski większe. 

*Film jest arcydziełem tylko w jednym wypadku: absolutnie genialnie wykreowany świat i wspaniałe nowości jeśli chodzi o grafikę trójwymiarową (tak jak nie jestem fanem tak tutaj to była totalna rozkosz). Widać, że graficy Camerona serio się narobili i włożyli w to dużo serducha i sztuki. Szkoda, że nam zostało płakać za drzewem pod którym kochały się dwa ufoludki. Przecież to takie szczere i prawdziwe ;(



3. seria Szybcy i Wściekli - auta (ładne), cycki (ładne), mięśniaki za kierownicą (nie mnie oceniać), laski (ładne), auta, cycki, jazdy pod ciężarówkami, nad mostami, przed mostami, efektowne wywrotki, cycki, alkohol, imprezy, mięśniaki. Są plotki, że w międzyczasie jest w tym jakaś historia tyle, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Czy na to samo by nie wyszło gdyby sobie tak odpalić jakieś filmiki na youtubie z wyścigami, pooglądać parę fotek ładnych osób w internecie, a potem po prostu zapuścić sobie dla odmiany dobry film?



4. seria American Pie - a tu już duży sentyment, naprawdę bardzo lubiłem trzy pierwsze filmy z serii i ten z tamtego roku. Z tym, że jest już z lekka dobijające, że jedyny film, który zna przeciętny człowiek w moim wieku to właśnie ten z ciastkiem. I znowu bez przesady, że jakiś geniusz się za tym kryje. Po prostu idealny film do piwka, pośmiać się ze znajomymi i dopisać sobie kilka tekstów do wykorzystania w świecie gdzie każdy lubi sobie z kogoś porobić jaja. Z tym, że po prostu za daleko to zaszło. A czy jest to aż tak kontrowersyjne draństwo? Patrząc na to co dzieje się na standardowej polskiej imprezie to nie takie rzeczy się już działy. Już taki Supersamiec choćby (film w tym gatunku ['imprezowo-młodzieżowy?'] znacznie lepszy) jest dużo bardziej chamski i prostacki. A przecież to lubimy też w filmach nie? 



5. Pamiętnik - pamiętam odpaliłem kiedyś dla rozrywki film, który musiał się udać: para Gosling - McAdams, czyli piękni, fajni i utalentowani, za kamerą utalentowany ponoć Cassavetes, a film plasował się gdzieś na 26. miejscu w rankingu filmweba, czyli pewnie będzie zajebiście. Nosz kurde, bardzo naciągane to wszystko było i szkoda, że nie utrzymano poziomu początku. A końcówka to już w ogóle śmiech na sali i obraza uczuć w miarę inteligentnego człowieka. Generalnie jak zawsze, jak Polacy oceniają filmy to trochę ciężko ogarnąć rzeczywistość (bo na zachodzie film praktycznie przeszedł bez echa).



6. Vertigo - dość pierdół, bierzemy się za poważne i ponadczasowe kino. Alfred Hitchcock był geniuszem. Kropka. Z tym, że z przerażeniem odkryłem, że tró-fani tak zwani zaczęli nazywać jego najlepszym filmem właśnie to. I tu się zastanawiam dlaczego? Niedopracowany scenariusz (kukła? serio?), masa niepotrzebnych scen, dość komiczne epizody i generalnie naciągana idea, że to przecież było dwuznaczne. Z tym, że Alfred akurat to mistrz historii, a nie opisywania 'co i dlaczego?' we wszechświecie. Czy fani serio chcą mu dopisać jakieś niepotrzebne cechy? Przecież wiemy, że to mistrz w swoim gatunku. Po prostu uznajmy, że Psychoza czy Rebeka były lepsze, no trudno.



7. seria Step Up - motyw nielegalnych tańców w którejś tam części to jedna ze śmieszniejszych rzeczy w całej historii kina. Bardzo doceniam choreografię i umiejętności tancerzy, godne podziwu i jeśli ktoś ogląda to tylko dlatego, że jego pasją jest taniec to tylko przyklasnąć. Z tym, że dalej nie wiem czy nie lepiej odpalić jakieś popisy 'live' gdzieś w internecie? Bo oprócz tego w filmie praktycznie nic nie ma, nie ma się co oszukiwać. Chyba, że ostatnie z serii jakoś poszły w górę poziomem. 



8. Ojciec Chrzestny III - jedno z największych rozczarowań w całym moim życiu. No bo jak po dwóch tak genialnych filmach jak dwie pierwsze części Coppola mógł zrobić coś tak bez polotu? Jeszcze z jedną najgorszych ról w historii kina, czyli swoją córką Sofią, która przebiła nawet Cage'ów i innych Van Diselów. Koszmarny wątek miłosny, kilka absolutnie niepotrzebnych scen i generalnie tylko scena końcowa była równie epicka co choć fragmencik najlepszej drugiej części. Szkoda. Na plus Garcia, który coś do-ratował. 

No i generalnie i tak bije wszystko co na tej liście umieściłem. Ależ jakie tu były oczekiwania no... 



9. seria Harry Potter - jako fan książek mimo wszystko. Znaczy kiedyś no bo bez przesady, żeby się tym jarać jako 21-latek ; > W sumie trochę odrzucające jest to, że oczywiście wytwórnie z takiego mroku jaki bił od książki zrobili małą papkę dla dzieci, a jak sobie pomyślę, że większość ludzi w Polsce ogląda to z tym całym dubbingiem to aż szkoda, że taki potencjał bijący z niebanalnej przecież historii został zaprzepaszczony. Na plus dwie ostatnie części o dziwo bo po Yetesie to się chyba nikt niczego dobrego nie spodziewał. Taka powinna być cała seria, a nie to coś dla przedszkolaków jak na początku. Ale wiadomo, pieniądz.



10. seria Transformers - szczerze? Tu jest wszystko czego nie znoszę w amerykańskim kinie, generalny atak na najprymitywniejsze instynkty ludzkiego ciała. Bay w najczystszej postaci. No ale czego się też spodziewać po filmie w którym największą gwiazdą jest dupa Megan Fox? Podobno jeszcze jest dwójka i trójka do mnie trochę przeraża. 

piątek, 10 sierpnia 2012

O materialiźmie

Wzięło mnie na filozofowanie. Jak kogoś kłuje czytanie pseudo tekstów o  rzeczach nieistotnych i pewnie nietrafnych bo wiadomo każdy ma tam swoje interpretacje to uwaga! Ewakuacja. Choć nieistotne to też niekoniecznie bo materializm siedzi w każdym i każdemu psuje życie choć czasem o tym nie wie. Mnie zaczęło to kopać po wiadomym filmie.


Fight Club to film genialny. Koniec kropka. Kto tak nie uważa widział film o kilka razy za mało. Co najmniej raz bo to niemożliwe, żeby przy takim natłoku fantastycznych metafor, genialnych zdań odwołujących się do naszych smutnych żyć i powykręcanej fabule nie znaleźć czegoś dla siebie. 

Tyler Durden: "Dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego."

Zdanie klucz. Wolność słowa, wolność w kraju. Mogę robić co chcę i gdzie chcę. Jako istota ludzka mam nieograniczone możliwości rozwoju i zaspokajania się. 

No to weź wyjdź teraz z chałupy, przejdź się do najbliższego publicznego budynku, wyważ drzwi z buta, użyj łokcia by dla przyjemności sobie wybić okno, zapal papierosa, daj sobie w żyłę i czekaj. Zaraz zobaczysz jak bardzo jesteś wolny. 

Albo weź się nagle skocz do Australii, po prostu, zostaw wszystko i idź. Teraz widać jak bardzo jesteś słaby, ogranicza Cię nie tylko ciało, ale setki przepisów, tysiące zobowiązań wobec bliskich, wobec narodu, wobec kultury innych ludzi. Po prostu nie ma czegoś takiego jak totalna wolność, ale cieszymy się oczywiście z jako takiej bo do Korei Północnej też nam się nie spieszy. 

No i właśnie: teraz nam ciężko bo siedzimy sobie na wygodnickim siedzeniu z opłaconym komputerem i akurat coś tam jemy krusząc, nie przejmujemy się, posprzątamy potem i uporządkujemy nasze uporządkowane i ułożone w każdym względzie życie. Ale odwróćmy to. Wyobraźmy sobie, że siedzimy w pustym pokoju i wpatrujemy się w ścianę nic nie robiąc. Nie mamy pieniędzy, nie mamy roboty i ogarnia nas nuda i strach przed przyszłością. Czy wtedy nie uderzymy w tą ograniczającą nas ścianę i polecimy gdzie nam się podoba? Czy nie zaryzykujemy i nie podążymy za jakimś marzeniem o którym myśleliśmy kiedyś tylko dla uspokojenia się i rozrywki?


Tak na serio wszystkie te śmieci wokół to takie małe więzienie, które nas ogranicza. Gdyby ich nie byłoby mógłbyś więcej, ale i tak będziemy się oszukiwać, że tak jest lepiej. No bo w końcu nie chcemy się bać o przyszłość. Ale czy strach to nie słabość? Wracamy do przytoczonego zdania. Kim bylibyśmy bez tego wszystkiego? 'I like myself' (fotka) - czy lubilibyśmy się bardziej? Czy w ogóle się lubimy?

Kilka pytań na pół nocki, a to raptem jedno zdanie z filmu. Temu tak bardzo go kocham, żaden aż tak bardzo nie zmienił mojego myślenia o życiu i moich poglądów. Dzięki niemu gdy komórka w dzień po obejrzeniu mi padła nie płakałem o to pół dnia tylko wrzuciłem ją z małą satysfakcją do ogniska na następny dzień z lekkim uśmieszkiem. Pomyślałem: 'no jestem trochę bardziej wolny'. Pseudofilozofia? A może jednak coś w tym jest? Nie musiałem się zadręczać następnego dnia czy jeszcze działa. Po prostu nie działa, problem z głowy. Co z tego, że są następne? Nie zginął Ci bliski, żeby nie dało się tego rozwiązać. Kilka dni później dostałem nową na urodziny. Nie było tak źle. Podsumowaniem:

''Odnalazłem wolność. Utrata nadziei wyzwoliła mnie.'' 




"Samodoskonalenie się to masturbacja"

O materialiźmie też trochę inaczej bo generalnie wydaje mi się, że w społeczeństwie użycie tego słowa ewidentnie kuleje. No bo jakie jest typowe jego wyobrażenie? 'Oczywiście MNIE problem nie dotyczy, materialista to gościu co ma miliony na koncie i kupuje se drogie łódki, a ja robię wszystko by nie być uzależnionym od kasy.' Bla bla bla. Stek bzdur. Konto na fejsbuku, mięśnie łydek i białe ząbki to rzeczy na których Ci zależy, a w życiu do szczęścia konieczne Ci potrzebne nie są. Wniosek? Jesteś jebanym materialistą, wbij sobie do głowy, jak każdy, nie ma co płakać. Będzie dobrze.

Takie czepialstwo na siłę trochę, ale jednak według mojego wyobrażenia (a jakże, wyobrażenia filmu) materializm to nie tylko głupie posiadanie auta bo 'bez niego będziemy gorszymi ludźmi.' To ten głupi nawyk samodoskonalenia się i potrzeba ulepszania się też jak najbardziej pod materializm podchodzi. Nie chodzi mi tu o ludzi, którym przykładowo bieganie sprawia przyjemność i temu mają te mięśnie brzucha na wierzchu. Tu pochwalamy i każemy się tym cieszyć dalej. Ale już człowiek, którego to męczy i robi to tylko by zrzucić z siebie jakąś społeczną presję to już podchodzi pod bezsensowną walkę ze sobą i próbę posiadania czegoś, czyt. materializm.



''Oto twoje życie mijające z każdą minutą.''

No i pytanie co ja ze sobą zrobiłem? W pogoni za bezsensowną kasą, próbą kontrolowania maksymalnie swojego życia i niby-ułatwianiem go sobie wybrałem się na 5 lat studiów po których będę narzekał tak samo jak bez nich. Niby tu są teorie, a tam jest prawdziwe życie, ale widać ewidentne zaślepienie gdzieś. Teraz czy jestem na tyle wolny by rzucić to w diabły i po prostu cieszyć się chwilą obecną? A ograniczenie w postaci ambicji rodziców, presja jakichś śmiesznych ambicji, perspektywa w teorii łatwiejszej pracy? I tak nigdy nie będę dowartościowany (taki człowiek po prostu), a stres i cała ta fałszywa otoczka też kłuje. No i teraz mam wybór zaryzykować.

"Naszą wielką depresją jest życie. "

"Stajemy się własnością rzeczy, które posiadamy."

A całe to pisanie teraz zamiast cieszenie się życiem? Też głupie. Ale ja to lubię, czuję się wtedy lepszy. Proszę się o mnie nie martwić. I kocham kolejny raz odkrywać Fight Club na nowo, każde jego zdanie, które odnosi się do mojego życia. Lubię myśleć w taki sposób. Czyż to nie jest wkręcające? A może przez to moje życie na co dzień jest gorsze?

Jedna wielka filozoficzna pułapka <3

Chciałbym wybić jakieś okno, nie mogę. Kurwa.

Kilka ukochanych zdań z filmu:

"Wyprzedzają cię inne samochody. Widzisz ich kupry. Kierowcy pokazują ci środkowy palec. Ludzie, których pierwszy raz widzisz na oczy, zioną do ciebie nienawiścią. Nic sobie z tego nie robisz."

"najpierw sie poddaj, uświadom sobie bez lęku że pewnego dnia umrzesz"

''Gratuluję. Jesteś o krok bliżej do dna.'' 

"Chodzisz do pracy której nie lubisz żeby kupować rzeczy których nie potrzebujesz"

"Kiedyś byłem naprawdę miły facetem".

no i oczywiście:

"Pierwsza zasada podziemgo kręgu - Nie rozmawiać o podziemnym kręgu.
Druga zasada - Nie rozmawiać o podziemnym kręgu..."


No i miliony więcej, do filmu marsz. 



wtorek, 7 sierpnia 2012

o miłości do Sigurów słów kilka


To prawdopodobnie będzie najbardziej onanistyczny mój wpis kiedykolwiek więc jak macie słabe nerwy to lepiej odpuścić.

Jest sobie taki piękny kraj o dziwo w Europie zwany Islandią, który budzi wyobraźnię. Ulokowany gdzieś w  totalnym odosobnieniu gdzieś jeszcze za Anglią, jakaś wyspa mylona z Grenlandią, w USA uważana zapewne za  jakieś odludzie podobne do Księżyca. No ale w sumie tu już pojawia się jakieś sensowne porównanie. W sensie  dziwne, że tak wspaniałe krajobrazy uchowały się na Ziemi, a nie gdzieś w jakimś Raju na nieznanej planecie  gdzie Bóg stworzył miejsce gdzie ludzie po prostu żyją pełnią życią niczym kiedyś Adam i Ewa. W sumie  wystarczy wpisać w google grafika słowo 'Islandia' i możemy się napawać takimi miejscami, że zastanawiam się  czy to nie robota jakichś turystycznych specjalistów z tego kraju. Jeśli nie podstanowiliśmy z bracikiem  jedno - kiedyś musimy się tam znaleźć i się tym nasycać. W sumie sam kiedyś byłem typowym Polaczkiem, który  myślał, że cała ta wyspa to jeden wielki kamień z którego buchają gejzery (piękna też to sprawa pewnie  jest), jednak pewnego razu przeczytałem o pewnym zespole z jakiejś Islandii właśnie. Pomyślałem, że jakiś  ciekawy eksperyment pewnie, coś chłodnego i do 'wyluzowania'. Jednak wyluzowanie to jednak nie to o co  chodzi, tu chodziło o coś czego jeszcze w muzyce nie przeżywałem.


Zdjęcie wcale nie na ozdobę, żeby pokazać jak to ładnie tworzę tutaj czy coś. Patrząc na to zdjęcie zaczynam  rozumieć, że taka muzyka musiała mieć WARUNKI, żeby powstać. To musi być napawanie się pewnymi rzeczami,  pewnym stylem życia, pewną kulturą. Takiej muzyki nie da się napisać mieszkając w Nowym Jorku na szybko w  studiu, tu trzeba wyciszenia, spojrzenia na piękno przyrody. I ja słyszę w tych wszystkich dźwiękach  plumkającą wodę, zapach trawy, zimno lodu i kruszące się skały, mimo, że nic takiego tam w rzeczywistości  nie usłyszę. Tu trzeba wyciszenia, wyostrzenia zmysłów. Nie przed komputerem czytając o polskiej polityce  pomiędzy dwoma heavy-metalowymi piosenkami w QW. Wtedy się nie poznacie, tu trzeba wziąść mp3, podpiąć  słuchwaki i wybrać się zimą do lasu. Pospacerować, zapomnieć o problemach, podziwiać otaczający nas świat i  myśleć jak zostało stworzone coś tak pięknego, to zaczynało być moim rodzajem kultu wręcz. Tak jak NAR mi  kiedyś wspomniał: nie ma piękniejszej muzyki po spożyciu. A czy nie wtedy mamy wyostrzone zmysły i zaczynamy  wszystko odczuwać bardziej? Czy nie zastanawiają nas wtedy pewne rzeczy bardziej? Zastanawiamy się nad  rzeczami 'ponad nas?' Refleksja nad naszym nudnym życiem, każdy przeżywa coś takiego, choćby się nie  przyznał i zaprzeczał. W rzeczywistośći pragnęlibyśmy odciąć się od reklam, głupich programów i stron w  internecie, nudnych i sztucznych imprez, od głupoty ludzkiej. Wyruszyć niczym we 'Wszystko za Życie' na  prywatny podbój świata. Ja też mam setki takich przemyśleń i znalazłem pewnego rodzaju azyl, rodzaj magii,  która pozwala poczuć się inaczej, poczuć się odkrywcą.


Dlatego nie chodzi mi tu o jakieś wyluzowanie, o jakiś tymczasowy przepływ emocji, o to, że zaraz poleci  jakaś ładna melodia, a po niej zrobię sobie kanapkę ze smalcem. Czyć piękna muzyka ma nie pobudzać  wyobraźni? Tu chodzi o ważniejsze sprawy niż samo słuchanie, ja się czuję po prostu lepiej jako człowiek.  Nie obchodzi mnie po wysłuchaniu jakiegoś utworu Sigurów jakiś głód czy inne przyziemne sprawy, ja myślę  wtedy w 'wyższych kategoriach'. Co mam przez to na myśli? Sprawy życiowe, naprawa siebie, odczucie piękna  świata jakoś na nowo, żebym nie znienawidził życia do końca. To jest taki rodzaj przeżyć, które dla mnie  stanowią w ogóle sens życia i dlatego podtrzymywanie tego przez muzykę Sigurów znaczy dla mnie dużo. Możemy  mówić o pięknej muzyce Floydów ,Crimsonów czy Marillionu. Ale tu moje emocje kończą się tylko w kategoriach muzycznych, nie jest to rodzaj ucieczki, po prostu zachwyt nad samym kompozytorstwem i umiejętnościami muzyków. Dlatego piękno muzyki Sigurów jest dla mnie o schód wyżej. Gdzieś już na poziomie nieba. I ogólnie nic tak blisko nie pozwala mi zawędrować do wnętrza umysłu, że przezwyciężam bariery podświadomości i sobie pływam w tych wszystkich emocjach. I co mnie wtedy obchodzi kolejna debata polityczna, odcinek Mam Talent, sesja i całki z matematyki. Odwalcie się wtedy ode mnie, nigdy nie przeżyjecie tego co ja, jestem ponad tym. Rodzaj chamstwa? Jak sobie w czasie słuchania pomyślę o chamstwie to mnie zbiera, ja myślę o tym, jak ładnie byłoby jakby go nie było, jakby on wyglądał gdybym mógł go zmienić słuchając tej muzyki. Masowa orgia? Nie ja nazwałbym to wybuchem miłości. Brzmi niesamowicie głupio, ale dopiero wtedy jak skończył się Avalon, ostatni na Agaetisie. Całą godzinę pisałem jakby w innym stanie, w innej atmosferze, gdy nastała ta cisza to już nie to samo. Czas na nawiasy więc.


Jakie zarzuty? No więc właśnie jakim cudem to dopiero 3 miejsce w moim rankingu zespołów? Za mało materiału niestety. Debiut to schizowy eksperyment, który pobudza, ale inaczej. Mamy trzy absolutne obiekty mojego kultu, a potem jakby wielki  duch ich opuścił. Muszę prześledzić jeszcze raz te płyty. I zarzut numer dwa, który nie jest zarzutem w sumie. To nie jest Dream Theater, że słucham codziennie i niech se leci w tle. To zespół na specjalne okazje, gdy tworzę, gdy jestem załamany, gdy nie widzę radości w zwykłym dniu, gdy się niesamowicie cieszę, gdy mam kryzys. To jest dla mnie muzyka, która jakby przedłuża emocje, które we mnie siedzą, ale też jest modyfikuje w ten sposób, że czuję się lepiej. Gdy zmarł mi ktoś bliski to poczułem jeszcze większe wrzuszenie w tym wszystkim, ale jednocześnie pojawiła się gdzieś tam nutka optymizmu. Gdy mnie wywali ze szkoły zamknąłem się jeszcze bardziej przed światem, ale w środku poczułem, że muszę być mocny. Gdy wiem, że jutro będzie źłe, jestem jeszcze bardziej zły gdy wiem, że w tej chwili nie mogę włączyć jakiegoś Sigurostwa na wzmocnienie. To nie działa tak, że odpalam ze znudzenia kolejne utwory na chybił trafił chodząc po folderach, folder 'Sigur Ros' otwiera się tylko wtedy gdy jest w moim życiu coś ważniejszego, to nie byle jaka decyzja. Mając jakiegoś rodzaju napięcia już układam sobie podświadomie playlistę do odłuchania. Agaetis gdy świat mnie zachywca, Nawiasy gdy jestem smutny, Takk gdy jestem szczęśliwy na dziś. Jak ja mam na poważnie wtedy brać, że ktoś napisze, że to tylko wycie? Ja jestem wtedy szczęśliwy, że tylko ja mogę doznać takiego oświecenia, że inni tak nie mają, że jestem wyjątkowy. Widzicie jaka to mania? A czy mi to szkodzi? Po tylu przeżyciach z ta muzyką nigdy tak nie stwierdzę. Nawet ten post napisany tutaj to dla mnie rodzaj wesołego plucia emocjami i przelewanie ich na klawiaturę doznając kolejnych spazmów przy słuchaniu Agaetisa. Nie przerazi mnie żadna krytyka, tu chodzi o moją radość, tego nikt czytać nie musi na siłę, ja ostrzegałem.


1. Andvari
2. Staralfur
3. Poppagid (Untitled 8 )
4. Vaka (Untitled 1)
5. Hoppipolla
6. Olsen Olsen
7. Gong
8. Viorar Tel Til Loftarasa
9. Glosoli
10. E-Bow (Untitled 6)

Powiedzmy, że tak, ale to nakładanie tylu innych rodzajów emocji, porównywanie tylu innych stanów, że to walka jakby z samym sobą o to, jakie rodzaju stany emocji wyższych uważam za najlepsze. Ja mógłbym zrobić coś na kształt TOP 30, ale czemu ja się mam znowu kłócić znowu z samym sobą? Nie będę się więcej męczyć, niech tak zostanie. Nie jestem zbytnio godny opisywać te kawałki, ale kilka zdań napisać mogę. Zresztą o każdym musiałbym napisać tyle zdań, żeby oddać co tam się dzieje, że zamęczylibyście się na śmierć (a pewnie już się męczycie). Zresztą czy są słowa, które opisałyby końcówkę dwóch pierwszych utworów? Nie sądzę. Końcówka Advanri to tak subtelna rzecz, tak piękna w swoim minimaliźmie, że jeszcze nigdy nie dałem rady jej wysłuchać z odtwartymi oczami. A co z wybuchami i najlepszymi skrzypcami w historii muzyki w Staralfur? Drugą najlepszą perką jaką słyszałem i przeszywający krzyk Jonsiego w Poppagid? Są takie słowa, które by to oddały? Najbardziej optymistyczną końcówkę świata czyli E-Bow? Wybuch w Glosoli? Minimalizm i oszczędność całego Viovara? Boże tam się nic nie dzieje cały utwór, a ja mam cały czas ciary, skąd to się bierze do cholery? Najpiękniejszy momentna nawiasach czyli pisk w Vace? Chórki w Olsen Olsen? Jak mi się chce żyć w czasie tego utworu, cóż to za różnica w patrzeniu na świat przed i po tym kawałku? Czy najpiękniejsze klawisze jakie słyszałem w Hoppipoli? Jak mi wtedy wyobraźnia chodzi, wyobrażam sobie zamki, wodospady, wspaniałych ludzi. I tem wspaniały Gong jeszcze, z najpiękniejszego albumy w historii muzyki czyli Takka, nie najlepszej bo są kompozycyjnie lepsze dzieła, ale same emocje, emocje, które łapię tylko ja chyba i uważam się za wielkiego szczęściarza dzięki temu.

Kończę bo ileż można, myślę, że  napisałem właśnie najbardziej onanistycznego posta w historii i pobiłem nawet Marollionistów ;) Idę na spacer do lasu z nawiasami w uszach, powyobrażać sobie i nacieszyć się życiem.

Nadzieje Hollywoodu

TOP 10 aktorskich nadziei Hollywood (choć cienka jest bariera między tym czy to już gwiazdy czy nie):  

1. Michael Fassbender  


2. Ryan Gosling  


3. Michelle Williams  


4. Carey Mulligan  


5. Joseph Gordon-Levitt  


6. Emma Stone  




7. Chloe Grace Moretz  


8. Jesse Eisenberg  


9. Paul Dano  


10. Ellen Page  


rezerwa:

James Franco  
Emile Hirsch  
Mélanie Laurent  
Anna Kendrick  
Abigail Breslin  
Mary Elizabeth Winstead  
Jonah Hill  
Tom Hardy  
Seth Rogen  

Od dawna chciałem to sobie ułożyć. Generalnie warto zapamiętać nazwiska bo to same Portmanki czy Di Capria naszych czasów. Teraz zależy czy sobie dobrze kariery ułożą.


http://www.filmweb.pl/user/xavi1991   - tak w ogóle moje konto na filmwebie, może się komuś przyda.

Czarne charaktery


Najbardziej fascynujące czarne charaktery ever, pewnie już było, ale porządna aktualizacja. Nie liczyłem seriali bo mi czasu by brakło ; ( 

1. Joker (Mroczny Rycerz) 
2. Hannibal Lecter (Milczenie Owiec) 
3. Obcy (Ósmy Pasażer Nostromo) 
4. Bane (Mroczny Rycerz Powstaje) 
5. Michael Corleone (Ojciec Chrzestny II) 
6. Lord Vader (Star Wars) 
7. John Doe (Siedem) 
8. Coś (The Thing) 
9. Travis Bickle (Taksówkarz) 
10. Samara Morgan (The Ring) 

Szatan (Egzorcysta) 
Jack Torrance (Lśnienie) 
Tommy DeVito (Chłopcy z Ferajny) 
Norman Bates (Psychoza) 
Norman Stansfield (Leon Zawodowiec) 
Skaza (Król Lew) 
Hans Landa (Bękarty Wojny) 
Amon Goeth (Lista Schindlera) 
Przysięgły 3 (Dwunastu Gniewnych Ludzi) 
agent Smith (Matrix) 
Frank Fitts (American Beauty) 
Siostra Mildred Ratched (Lot nad Kukułczym Gniazdem) 
Idi Amin (Ostatni Król Szkocji) 
Patrick Bateman (American Psycho) 
Tony Montana (Scarface) 
nałóg (Wstyd, Requiem Dla Snu) 
Sean Nokes (Uśpieni) 
Mark Zuckerberg (The Social Network) 
Tony Montana (Scarface) 
Joker (Batman) 
Roark Junior (Sin City) 
Peter i Paul (Funny Games) 
Erika Kohut (Pianistka) 
John Milton (Adwokat Diabła) 
miasto (Miasto Boga, Miasto Gniewu) 
Predator (Predator) 
Jack D. Ripper (Dr. Strangelove) 
T-1000 (Terminator 2) 
Hall 9000 (2001: Odyseja Kosmiczna) 
Wiesław Wojnar (Wesele) 
Mickey Knox + Mallory Wilson Knox (Natural Born Killers) 
Otilia i Gabita (4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni) 
Vic Vega (Wściekłe Psy) 
Jake La Motta (Wściekły Byk) 
króliki (Monty Python i Św. Grall) 
Nazgule (Władca Pierścieni) 
Adolf Hitler (Upadek) 
Hans Beckert (M-Morderca) 
Buka (Muminki) 
Catwoman (Mroczny Rycerz Powstaje) 
obcy (Dystrykt 9) 
Dicky Eklund (Fighter) 
Jigsaw (Saw) 
Alex DeLarge (Mechaniczna Pomarańcza) 
Leatherface (Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną) 
Anton Chigurch (To Nie jest Kraj dla Starych Ludzi)


Techniczne arcydzieła


TOP 10 najlepiej technicznie zrealizowanych filmów ever. Albo TOP 10 najpiękniej odbieranych przez oko filmów.

1. Drive - no zdecydowanie, Tarantino niby jest największym mistrzem jeśli chodzi o masakrę na ekranie? Błąd, jest nim Nicolas Refn, który nie robi młócki dla kiczu, tylko dla prawdziwej sztuki. Tak sztuki. Przykład:

http://www.youtube.com/watch?v=UgNt_oJnZpA

nie ma na necie całej sceny już... ;( no ale jest większość, potem jest po prostu młócka, da się to sobie wyobrazić.

jedna z najwspanialszych scen w dziejach. Gra świateł, Gosling odsuwający ręką dziewczynę, którą polubił by pogrążyć się w namiętności i chwili zapomnienia, jakiś ambient w tle, nastrój spokoju i wytchnienia. Gosling odwraca się, przypomniał sobie o pistolecie. Spójrzcie na minę w chwili odwracania, jaka nagła zmiana klimatu. Z błogiej romantyczności tworzy się nastrój grozy i szaleństwa. MAGIA KINA. Niby jedna scena, nic się wielkiego nie działo, a Refn rozpisał to sobie w głowie pewnie przez kilka dni. I tak cały film, wirtuozeria minimalizmu. Niesamowity klimat pościgu w pierwszej scenie, który wyśmiewa wszystkich Szybkich i Wściekłych i temu podobne efektowne napierdalanki. W dodatku piękni ludzie na ekranie bo, że Carey kocham tak przyznać trzeba (żaden ze mnie homo, no ale niektóre rzeczy się widzi), że Gosling to prawdopodobnie największa osobowość kinowa ostatnich lat mieszająca to z klasyczną pięknością.

2. Hero - tu z kolei arcydzieło scenografii i tworzenia subtelności za pomocą walki, rodem ze Wschodu. Maestria operowania ruchem, spokój nawet w samych scenach walki. Fabuła niby jest, ale oddaje pole głównie krajobrazom i magii sztuk walki w odrealniony sposób. Przykład pierwszy z brzegu:

http://www.youtube.com/watch?v=vGq6FXcpxtY&feature=related

zresztą co ja będę opowiadać. USPOKAJAJĄCE sceny walki, to chyba tylko w tym filmie.

3. Oldboy - no jeśli chodzi o kino amerykańskie to Tarantino jest mistrzem w robieniu efektownego kiczu, ale w światowym nie dość, że go bije Refn to jeszcze Chan-wook Park. Zresztą sam Quentin uważa ten film za jeden z najlepszych ever. Mistrzostwo archaizmu i bezładu na ekranie jeśli są takie kategorie sztuki. Główny bohater zabijający młotkiem, linijką czy płytą CD. Żadnych mieczy czy pistoletów, to by w kinie Parka zburzyło pewien porządek archaiczności. Wszystko i na temat:

http://www.youtube.com/watch?v=eRBwvIX7Sao

4. Spirited Away - wyobraźnia przeniesiona na ekran, Miyzaki to w ogóle ma we łbie jedną wielką tęczę i co chwilę pluje tymi kolorami i postaciami na ekran. Postacie są całkowicie nielogiczne, fabuła niezgodna z niczym, a świat bez sensu. I to jest największa zaleta tego filmu przez którą nie mogą przejść ludzie przyzwyczajeni do bajek z dzieciństwa. Magia wyobraźni przeniesiona na ekran z wielką precyzją i starannością. Coś co jest chaosem w głowie zamienia się w coś co pokochały miliony. Niesamowite postacie, piękne scenerie i magia barw.


http://www.youtube.com/watch?v=FxHKulvuRhk


Szkoda, że nie ma oryginalnej sceny nigdzie bo to nie oddaje do końca o co mi chodzi.

duża przerwa

5. Avatar - a coś dumnym Amerykanom oddać trzeba. Władowanie milionów władowanych w w dziwaczny świat zielonych istot robi wrażenie i ktoś z czystej jakiejś nienawiści do Camerona może napisać, że to brzydko zrobiony film. Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do poprzednich czterech fabularnie odstaje mocno, a został też niesłusznie mianowany kultowym i ten kult jest niezrozumiały niczym podnieta Xaviego do Requiem'u. Pandora to wspaniałe miejsce w każdym bądź razie. Barwy, stworzenia na niej żyjące i Cameronowe przesłodzone sceny seksu niebieskich stworzeń. To też trzeba umieć nabrać ludzi.

6. Avengers - w zasadzie tak jak wyżej tylko tu nikt nie udaje, że jest ambitnie, przecież w kinie chodzi o wielkie wybuchy, strzelaniny i epicki rozpierdol czyż nie? Wszystko to mamy podane przy wspaniałych efektach i jest po prostu wspaniała rozrywka. I temu wolę od Avatara duużo bardziej. Radzę pójść do kina bo w TV film straci gdzieś połowę tego całego łupania.

7. Incepcja - budynki latają w powietrzu, sceny w windzie i inne. Każdy widział, każdy wie o co chodzi. I wszystko z nutką Nolanowskiej wyobraźni, gość jest w swoim świecie i tego nie ukrywa, a widać wykreowany świat jest naprawdę ciężką pracą wywalczony. Ogólnie trzeci film z rzędu, który jest hołdem dla rzemieślniczej pracy niż czystej jak łza sztuki pierwszych czterech miejsc. Ale docenić wypada.

8. Edward Nożycoręki - wypada jakoś uczcić Burtona bo ma on swój mroczny styl połączony z bajkowym, a kostiumy, bohaterowie naprawdę są z pomysłem i klasą. Szkoda, że zaczął wszystko powielać i nic nowego ostatnio nie wnosi.

9. Odlot - Pixar też musi być uczczony. Tak pięknych scen jak odlot kolorowych balonów z całego tego miejskiego buszu i trafienie do czystej dżungli to ciężko znaleźć. Ostatnie sceny mimo, że osłabiają fabularnie film to realizacyjnie świetna sprawa i sprawia radość.

10. Sin City - równie dobrze mogło być '300' chociażby. Rozmach przeniesienia czegoś z papieru na ekran godne podziwu.

Najlepiej zaśpiewane ever


TOP 10 najlepiej zaśpiewanych utworów ever.

Nie tylko głos się liczy, można nadrobić samą charyzmą nawet jak się tego głosu nie ma, można nadrobić subtelnością, można nadrobić ekspresją i energią, szaleństwem. Ani nie będę rozpisywał się o każdym z tych kawałków bo to ponad mnie, ponad myślenie przeciętnego chłopaczka ze wsi. Starałem się nie powtarzać wykonawców bo Mercury, Plant czy Waits pewnie zbytnio zdominowali by listę czy rezerwę. Wybrałem najlepsze od każdego według mnie.

1. Pink Floyd - The Great Gig In The Sky
2. Deep Purple - Child In Time
3. Led Zeppelin - Since, I've Been Loving You
4. Queen - The Show Must Go On
5. Jeff Buckley - Grace
6. The Who - Love, Reign O'er Me
7. Nick Drake - Things Behind The Sun
8. Marillion - The Great Escape
9. Slint - Slint - Good Morning, Captain
10. Sigur Ros - Popplagid

tuż za listą:

Bob Dylan - Blowin In The Wind
Bruce Springsteen - Thunder Road
Nina Simone - Wild is The Wind
Dead Can Dance - The Host of Sepharim
Eliott Smith - Beetwen The Bars
Frank Sinatra - In The Wee Small of The Morning
Joni Mitchell - Little Green
Neutral Milk Hotel - Two-Headed Boy, pt. 2
Rainbow - Stargazer
The Smiths - The Boy With The Torn In His Side
Tom Waits - Tom Traubet's Blues
Tool - Third Eye
System Of a Down - Mind