piątek, 10 sierpnia 2012

O materialiźmie

Wzięło mnie na filozofowanie. Jak kogoś kłuje czytanie pseudo tekstów o  rzeczach nieistotnych i pewnie nietrafnych bo wiadomo każdy ma tam swoje interpretacje to uwaga! Ewakuacja. Choć nieistotne to też niekoniecznie bo materializm siedzi w każdym i każdemu psuje życie choć czasem o tym nie wie. Mnie zaczęło to kopać po wiadomym filmie.


Fight Club to film genialny. Koniec kropka. Kto tak nie uważa widział film o kilka razy za mało. Co najmniej raz bo to niemożliwe, żeby przy takim natłoku fantastycznych metafor, genialnych zdań odwołujących się do naszych smutnych żyć i powykręcanej fabule nie znaleźć czegoś dla siebie. 

Tyler Durden: "Dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego."

Zdanie klucz. Wolność słowa, wolność w kraju. Mogę robić co chcę i gdzie chcę. Jako istota ludzka mam nieograniczone możliwości rozwoju i zaspokajania się. 

No to weź wyjdź teraz z chałupy, przejdź się do najbliższego publicznego budynku, wyważ drzwi z buta, użyj łokcia by dla przyjemności sobie wybić okno, zapal papierosa, daj sobie w żyłę i czekaj. Zaraz zobaczysz jak bardzo jesteś wolny. 

Albo weź się nagle skocz do Australii, po prostu, zostaw wszystko i idź. Teraz widać jak bardzo jesteś słaby, ogranicza Cię nie tylko ciało, ale setki przepisów, tysiące zobowiązań wobec bliskich, wobec narodu, wobec kultury innych ludzi. Po prostu nie ma czegoś takiego jak totalna wolność, ale cieszymy się oczywiście z jako takiej bo do Korei Północnej też nam się nie spieszy. 

No i właśnie: teraz nam ciężko bo siedzimy sobie na wygodnickim siedzeniu z opłaconym komputerem i akurat coś tam jemy krusząc, nie przejmujemy się, posprzątamy potem i uporządkujemy nasze uporządkowane i ułożone w każdym względzie życie. Ale odwróćmy to. Wyobraźmy sobie, że siedzimy w pustym pokoju i wpatrujemy się w ścianę nic nie robiąc. Nie mamy pieniędzy, nie mamy roboty i ogarnia nas nuda i strach przed przyszłością. Czy wtedy nie uderzymy w tą ograniczającą nas ścianę i polecimy gdzie nam się podoba? Czy nie zaryzykujemy i nie podążymy za jakimś marzeniem o którym myśleliśmy kiedyś tylko dla uspokojenia się i rozrywki?


Tak na serio wszystkie te śmieci wokół to takie małe więzienie, które nas ogranicza. Gdyby ich nie byłoby mógłbyś więcej, ale i tak będziemy się oszukiwać, że tak jest lepiej. No bo w końcu nie chcemy się bać o przyszłość. Ale czy strach to nie słabość? Wracamy do przytoczonego zdania. Kim bylibyśmy bez tego wszystkiego? 'I like myself' (fotka) - czy lubilibyśmy się bardziej? Czy w ogóle się lubimy?

Kilka pytań na pół nocki, a to raptem jedno zdanie z filmu. Temu tak bardzo go kocham, żaden aż tak bardzo nie zmienił mojego myślenia o życiu i moich poglądów. Dzięki niemu gdy komórka w dzień po obejrzeniu mi padła nie płakałem o to pół dnia tylko wrzuciłem ją z małą satysfakcją do ogniska na następny dzień z lekkim uśmieszkiem. Pomyślałem: 'no jestem trochę bardziej wolny'. Pseudofilozofia? A może jednak coś w tym jest? Nie musiałem się zadręczać następnego dnia czy jeszcze działa. Po prostu nie działa, problem z głowy. Co z tego, że są następne? Nie zginął Ci bliski, żeby nie dało się tego rozwiązać. Kilka dni później dostałem nową na urodziny. Nie było tak źle. Podsumowaniem:

''Odnalazłem wolność. Utrata nadziei wyzwoliła mnie.'' 




"Samodoskonalenie się to masturbacja"

O materialiźmie też trochę inaczej bo generalnie wydaje mi się, że w społeczeństwie użycie tego słowa ewidentnie kuleje. No bo jakie jest typowe jego wyobrażenie? 'Oczywiście MNIE problem nie dotyczy, materialista to gościu co ma miliony na koncie i kupuje se drogie łódki, a ja robię wszystko by nie być uzależnionym od kasy.' Bla bla bla. Stek bzdur. Konto na fejsbuku, mięśnie łydek i białe ząbki to rzeczy na których Ci zależy, a w życiu do szczęścia konieczne Ci potrzebne nie są. Wniosek? Jesteś jebanym materialistą, wbij sobie do głowy, jak każdy, nie ma co płakać. Będzie dobrze.

Takie czepialstwo na siłę trochę, ale jednak według mojego wyobrażenia (a jakże, wyobrażenia filmu) materializm to nie tylko głupie posiadanie auta bo 'bez niego będziemy gorszymi ludźmi.' To ten głupi nawyk samodoskonalenia się i potrzeba ulepszania się też jak najbardziej pod materializm podchodzi. Nie chodzi mi tu o ludzi, którym przykładowo bieganie sprawia przyjemność i temu mają te mięśnie brzucha na wierzchu. Tu pochwalamy i każemy się tym cieszyć dalej. Ale już człowiek, którego to męczy i robi to tylko by zrzucić z siebie jakąś społeczną presję to już podchodzi pod bezsensowną walkę ze sobą i próbę posiadania czegoś, czyt. materializm.



''Oto twoje życie mijające z każdą minutą.''

No i pytanie co ja ze sobą zrobiłem? W pogoni za bezsensowną kasą, próbą kontrolowania maksymalnie swojego życia i niby-ułatwianiem go sobie wybrałem się na 5 lat studiów po których będę narzekał tak samo jak bez nich. Niby tu są teorie, a tam jest prawdziwe życie, ale widać ewidentne zaślepienie gdzieś. Teraz czy jestem na tyle wolny by rzucić to w diabły i po prostu cieszyć się chwilą obecną? A ograniczenie w postaci ambicji rodziców, presja jakichś śmiesznych ambicji, perspektywa w teorii łatwiejszej pracy? I tak nigdy nie będę dowartościowany (taki człowiek po prostu), a stres i cała ta fałszywa otoczka też kłuje. No i teraz mam wybór zaryzykować.

"Naszą wielką depresją jest życie. "

"Stajemy się własnością rzeczy, które posiadamy."

A całe to pisanie teraz zamiast cieszenie się życiem? Też głupie. Ale ja to lubię, czuję się wtedy lepszy. Proszę się o mnie nie martwić. I kocham kolejny raz odkrywać Fight Club na nowo, każde jego zdanie, które odnosi się do mojego życia. Lubię myśleć w taki sposób. Czyż to nie jest wkręcające? A może przez to moje życie na co dzień jest gorsze?

Jedna wielka filozoficzna pułapka <3

Chciałbym wybić jakieś okno, nie mogę. Kurwa.

Kilka ukochanych zdań z filmu:

"Wyprzedzają cię inne samochody. Widzisz ich kupry. Kierowcy pokazują ci środkowy palec. Ludzie, których pierwszy raz widzisz na oczy, zioną do ciebie nienawiścią. Nic sobie z tego nie robisz."

"najpierw sie poddaj, uświadom sobie bez lęku że pewnego dnia umrzesz"

''Gratuluję. Jesteś o krok bliżej do dna.'' 

"Chodzisz do pracy której nie lubisz żeby kupować rzeczy których nie potrzebujesz"

"Kiedyś byłem naprawdę miły facetem".

no i oczywiście:

"Pierwsza zasada podziemgo kręgu - Nie rozmawiać o podziemnym kręgu.
Druga zasada - Nie rozmawiać o podziemnym kręgu..."


No i miliony więcej, do filmu marsz. 



wtorek, 7 sierpnia 2012

o miłości do Sigurów słów kilka


To prawdopodobnie będzie najbardziej onanistyczny mój wpis kiedykolwiek więc jak macie słabe nerwy to lepiej odpuścić.

Jest sobie taki piękny kraj o dziwo w Europie zwany Islandią, który budzi wyobraźnię. Ulokowany gdzieś w  totalnym odosobnieniu gdzieś jeszcze za Anglią, jakaś wyspa mylona z Grenlandią, w USA uważana zapewne za  jakieś odludzie podobne do Księżyca. No ale w sumie tu już pojawia się jakieś sensowne porównanie. W sensie  dziwne, że tak wspaniałe krajobrazy uchowały się na Ziemi, a nie gdzieś w jakimś Raju na nieznanej planecie  gdzie Bóg stworzył miejsce gdzie ludzie po prostu żyją pełnią życią niczym kiedyś Adam i Ewa. W sumie  wystarczy wpisać w google grafika słowo 'Islandia' i możemy się napawać takimi miejscami, że zastanawiam się  czy to nie robota jakichś turystycznych specjalistów z tego kraju. Jeśli nie podstanowiliśmy z bracikiem  jedno - kiedyś musimy się tam znaleźć i się tym nasycać. W sumie sam kiedyś byłem typowym Polaczkiem, który  myślał, że cała ta wyspa to jeden wielki kamień z którego buchają gejzery (piękna też to sprawa pewnie  jest), jednak pewnego razu przeczytałem o pewnym zespole z jakiejś Islandii właśnie. Pomyślałem, że jakiś  ciekawy eksperyment pewnie, coś chłodnego i do 'wyluzowania'. Jednak wyluzowanie to jednak nie to o co  chodzi, tu chodziło o coś czego jeszcze w muzyce nie przeżywałem.


Zdjęcie wcale nie na ozdobę, żeby pokazać jak to ładnie tworzę tutaj czy coś. Patrząc na to zdjęcie zaczynam  rozumieć, że taka muzyka musiała mieć WARUNKI, żeby powstać. To musi być napawanie się pewnymi rzeczami,  pewnym stylem życia, pewną kulturą. Takiej muzyki nie da się napisać mieszkając w Nowym Jorku na szybko w  studiu, tu trzeba wyciszenia, spojrzenia na piękno przyrody. I ja słyszę w tych wszystkich dźwiękach  plumkającą wodę, zapach trawy, zimno lodu i kruszące się skały, mimo, że nic takiego tam w rzeczywistości  nie usłyszę. Tu trzeba wyciszenia, wyostrzenia zmysłów. Nie przed komputerem czytając o polskiej polityce  pomiędzy dwoma heavy-metalowymi piosenkami w QW. Wtedy się nie poznacie, tu trzeba wziąść mp3, podpiąć  słuchwaki i wybrać się zimą do lasu. Pospacerować, zapomnieć o problemach, podziwiać otaczający nas świat i  myśleć jak zostało stworzone coś tak pięknego, to zaczynało być moim rodzajem kultu wręcz. Tak jak NAR mi  kiedyś wspomniał: nie ma piękniejszej muzyki po spożyciu. A czy nie wtedy mamy wyostrzone zmysły i zaczynamy  wszystko odczuwać bardziej? Czy nie zastanawiają nas wtedy pewne rzeczy bardziej? Zastanawiamy się nad  rzeczami 'ponad nas?' Refleksja nad naszym nudnym życiem, każdy przeżywa coś takiego, choćby się nie  przyznał i zaprzeczał. W rzeczywistośći pragnęlibyśmy odciąć się od reklam, głupich programów i stron w  internecie, nudnych i sztucznych imprez, od głupoty ludzkiej. Wyruszyć niczym we 'Wszystko za Życie' na  prywatny podbój świata. Ja też mam setki takich przemyśleń i znalazłem pewnego rodzaju azyl, rodzaj magii,  która pozwala poczuć się inaczej, poczuć się odkrywcą.


Dlatego nie chodzi mi tu o jakieś wyluzowanie, o jakiś tymczasowy przepływ emocji, o to, że zaraz poleci  jakaś ładna melodia, a po niej zrobię sobie kanapkę ze smalcem. Czyć piękna muzyka ma nie pobudzać  wyobraźni? Tu chodzi o ważniejsze sprawy niż samo słuchanie, ja się czuję po prostu lepiej jako człowiek.  Nie obchodzi mnie po wysłuchaniu jakiegoś utworu Sigurów jakiś głód czy inne przyziemne sprawy, ja myślę  wtedy w 'wyższych kategoriach'. Co mam przez to na myśli? Sprawy życiowe, naprawa siebie, odczucie piękna  świata jakoś na nowo, żebym nie znienawidził życia do końca. To jest taki rodzaj przeżyć, które dla mnie  stanowią w ogóle sens życia i dlatego podtrzymywanie tego przez muzykę Sigurów znaczy dla mnie dużo. Możemy  mówić o pięknej muzyce Floydów ,Crimsonów czy Marillionu. Ale tu moje emocje kończą się tylko w kategoriach muzycznych, nie jest to rodzaj ucieczki, po prostu zachwyt nad samym kompozytorstwem i umiejętnościami muzyków. Dlatego piękno muzyki Sigurów jest dla mnie o schód wyżej. Gdzieś już na poziomie nieba. I ogólnie nic tak blisko nie pozwala mi zawędrować do wnętrza umysłu, że przezwyciężam bariery podświadomości i sobie pływam w tych wszystkich emocjach. I co mnie wtedy obchodzi kolejna debata polityczna, odcinek Mam Talent, sesja i całki z matematyki. Odwalcie się wtedy ode mnie, nigdy nie przeżyjecie tego co ja, jestem ponad tym. Rodzaj chamstwa? Jak sobie w czasie słuchania pomyślę o chamstwie to mnie zbiera, ja myślę o tym, jak ładnie byłoby jakby go nie było, jakby on wyglądał gdybym mógł go zmienić słuchając tej muzyki. Masowa orgia? Nie ja nazwałbym to wybuchem miłości. Brzmi niesamowicie głupio, ale dopiero wtedy jak skończył się Avalon, ostatni na Agaetisie. Całą godzinę pisałem jakby w innym stanie, w innej atmosferze, gdy nastała ta cisza to już nie to samo. Czas na nawiasy więc.


Jakie zarzuty? No więc właśnie jakim cudem to dopiero 3 miejsce w moim rankingu zespołów? Za mało materiału niestety. Debiut to schizowy eksperyment, który pobudza, ale inaczej. Mamy trzy absolutne obiekty mojego kultu, a potem jakby wielki  duch ich opuścił. Muszę prześledzić jeszcze raz te płyty. I zarzut numer dwa, który nie jest zarzutem w sumie. To nie jest Dream Theater, że słucham codziennie i niech se leci w tle. To zespół na specjalne okazje, gdy tworzę, gdy jestem załamany, gdy nie widzę radości w zwykłym dniu, gdy się niesamowicie cieszę, gdy mam kryzys. To jest dla mnie muzyka, która jakby przedłuża emocje, które we mnie siedzą, ale też jest modyfikuje w ten sposób, że czuję się lepiej. Gdy zmarł mi ktoś bliski to poczułem jeszcze większe wrzuszenie w tym wszystkim, ale jednocześnie pojawiła się gdzieś tam nutka optymizmu. Gdy mnie wywali ze szkoły zamknąłem się jeszcze bardziej przed światem, ale w środku poczułem, że muszę być mocny. Gdy wiem, że jutro będzie źłe, jestem jeszcze bardziej zły gdy wiem, że w tej chwili nie mogę włączyć jakiegoś Sigurostwa na wzmocnienie. To nie działa tak, że odpalam ze znudzenia kolejne utwory na chybił trafił chodząc po folderach, folder 'Sigur Ros' otwiera się tylko wtedy gdy jest w moim życiu coś ważniejszego, to nie byle jaka decyzja. Mając jakiegoś rodzaju napięcia już układam sobie podświadomie playlistę do odłuchania. Agaetis gdy świat mnie zachywca, Nawiasy gdy jestem smutny, Takk gdy jestem szczęśliwy na dziś. Jak ja mam na poważnie wtedy brać, że ktoś napisze, że to tylko wycie? Ja jestem wtedy szczęśliwy, że tylko ja mogę doznać takiego oświecenia, że inni tak nie mają, że jestem wyjątkowy. Widzicie jaka to mania? A czy mi to szkodzi? Po tylu przeżyciach z ta muzyką nigdy tak nie stwierdzę. Nawet ten post napisany tutaj to dla mnie rodzaj wesołego plucia emocjami i przelewanie ich na klawiaturę doznając kolejnych spazmów przy słuchaniu Agaetisa. Nie przerazi mnie żadna krytyka, tu chodzi o moją radość, tego nikt czytać nie musi na siłę, ja ostrzegałem.


1. Andvari
2. Staralfur
3. Poppagid (Untitled 8 )
4. Vaka (Untitled 1)
5. Hoppipolla
6. Olsen Olsen
7. Gong
8. Viorar Tel Til Loftarasa
9. Glosoli
10. E-Bow (Untitled 6)

Powiedzmy, że tak, ale to nakładanie tylu innych rodzajów emocji, porównywanie tylu innych stanów, że to walka jakby z samym sobą o to, jakie rodzaju stany emocji wyższych uważam za najlepsze. Ja mógłbym zrobić coś na kształt TOP 30, ale czemu ja się mam znowu kłócić znowu z samym sobą? Nie będę się więcej męczyć, niech tak zostanie. Nie jestem zbytnio godny opisywać te kawałki, ale kilka zdań napisać mogę. Zresztą o każdym musiałbym napisać tyle zdań, żeby oddać co tam się dzieje, że zamęczylibyście się na śmierć (a pewnie już się męczycie). Zresztą czy są słowa, które opisałyby końcówkę dwóch pierwszych utworów? Nie sądzę. Końcówka Advanri to tak subtelna rzecz, tak piękna w swoim minimaliźmie, że jeszcze nigdy nie dałem rady jej wysłuchać z odtwartymi oczami. A co z wybuchami i najlepszymi skrzypcami w historii muzyki w Staralfur? Drugą najlepszą perką jaką słyszałem i przeszywający krzyk Jonsiego w Poppagid? Są takie słowa, które by to oddały? Najbardziej optymistyczną końcówkę świata czyli E-Bow? Wybuch w Glosoli? Minimalizm i oszczędność całego Viovara? Boże tam się nic nie dzieje cały utwór, a ja mam cały czas ciary, skąd to się bierze do cholery? Najpiękniejszy momentna nawiasach czyli pisk w Vace? Chórki w Olsen Olsen? Jak mi się chce żyć w czasie tego utworu, cóż to za różnica w patrzeniu na świat przed i po tym kawałku? Czy najpiękniejsze klawisze jakie słyszałem w Hoppipoli? Jak mi wtedy wyobraźnia chodzi, wyobrażam sobie zamki, wodospady, wspaniałych ludzi. I tem wspaniały Gong jeszcze, z najpiękniejszego albumy w historii muzyki czyli Takka, nie najlepszej bo są kompozycyjnie lepsze dzieła, ale same emocje, emocje, które łapię tylko ja chyba i uważam się za wielkiego szczęściarza dzięki temu.

Kończę bo ileż można, myślę, że  napisałem właśnie najbardziej onanistycznego posta w historii i pobiłem nawet Marollionistów ;) Idę na spacer do lasu z nawiasami w uszach, powyobrażać sobie i nacieszyć się życiem.

Nadzieje Hollywoodu

TOP 10 aktorskich nadziei Hollywood (choć cienka jest bariera między tym czy to już gwiazdy czy nie):  

1. Michael Fassbender  


2. Ryan Gosling  


3. Michelle Williams  


4. Carey Mulligan  


5. Joseph Gordon-Levitt  


6. Emma Stone  




7. Chloe Grace Moretz  


8. Jesse Eisenberg  


9. Paul Dano  


10. Ellen Page  


rezerwa:

James Franco  
Emile Hirsch  
Mélanie Laurent  
Anna Kendrick  
Abigail Breslin  
Mary Elizabeth Winstead  
Jonah Hill  
Tom Hardy  
Seth Rogen  

Od dawna chciałem to sobie ułożyć. Generalnie warto zapamiętać nazwiska bo to same Portmanki czy Di Capria naszych czasów. Teraz zależy czy sobie dobrze kariery ułożą.


http://www.filmweb.pl/user/xavi1991   - tak w ogóle moje konto na filmwebie, może się komuś przyda.

Czarne charaktery


Najbardziej fascynujące czarne charaktery ever, pewnie już było, ale porządna aktualizacja. Nie liczyłem seriali bo mi czasu by brakło ; ( 

1. Joker (Mroczny Rycerz) 
2. Hannibal Lecter (Milczenie Owiec) 
3. Obcy (Ósmy Pasażer Nostromo) 
4. Bane (Mroczny Rycerz Powstaje) 
5. Michael Corleone (Ojciec Chrzestny II) 
6. Lord Vader (Star Wars) 
7. John Doe (Siedem) 
8. Coś (The Thing) 
9. Travis Bickle (Taksówkarz) 
10. Samara Morgan (The Ring) 

Szatan (Egzorcysta) 
Jack Torrance (Lśnienie) 
Tommy DeVito (Chłopcy z Ferajny) 
Norman Bates (Psychoza) 
Norman Stansfield (Leon Zawodowiec) 
Skaza (Król Lew) 
Hans Landa (Bękarty Wojny) 
Amon Goeth (Lista Schindlera) 
Przysięgły 3 (Dwunastu Gniewnych Ludzi) 
agent Smith (Matrix) 
Frank Fitts (American Beauty) 
Siostra Mildred Ratched (Lot nad Kukułczym Gniazdem) 
Idi Amin (Ostatni Król Szkocji) 
Patrick Bateman (American Psycho) 
Tony Montana (Scarface) 
nałóg (Wstyd, Requiem Dla Snu) 
Sean Nokes (Uśpieni) 
Mark Zuckerberg (The Social Network) 
Tony Montana (Scarface) 
Joker (Batman) 
Roark Junior (Sin City) 
Peter i Paul (Funny Games) 
Erika Kohut (Pianistka) 
John Milton (Adwokat Diabła) 
miasto (Miasto Boga, Miasto Gniewu) 
Predator (Predator) 
Jack D. Ripper (Dr. Strangelove) 
T-1000 (Terminator 2) 
Hall 9000 (2001: Odyseja Kosmiczna) 
Wiesław Wojnar (Wesele) 
Mickey Knox + Mallory Wilson Knox (Natural Born Killers) 
Otilia i Gabita (4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni) 
Vic Vega (Wściekłe Psy) 
Jake La Motta (Wściekły Byk) 
króliki (Monty Python i Św. Grall) 
Nazgule (Władca Pierścieni) 
Adolf Hitler (Upadek) 
Hans Beckert (M-Morderca) 
Buka (Muminki) 
Catwoman (Mroczny Rycerz Powstaje) 
obcy (Dystrykt 9) 
Dicky Eklund (Fighter) 
Jigsaw (Saw) 
Alex DeLarge (Mechaniczna Pomarańcza) 
Leatherface (Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną) 
Anton Chigurch (To Nie jest Kraj dla Starych Ludzi)


Techniczne arcydzieła


TOP 10 najlepiej technicznie zrealizowanych filmów ever. Albo TOP 10 najpiękniej odbieranych przez oko filmów.

1. Drive - no zdecydowanie, Tarantino niby jest największym mistrzem jeśli chodzi o masakrę na ekranie? Błąd, jest nim Nicolas Refn, który nie robi młócki dla kiczu, tylko dla prawdziwej sztuki. Tak sztuki. Przykład:

http://www.youtube.com/watch?v=UgNt_oJnZpA

nie ma na necie całej sceny już... ;( no ale jest większość, potem jest po prostu młócka, da się to sobie wyobrazić.

jedna z najwspanialszych scen w dziejach. Gra świateł, Gosling odsuwający ręką dziewczynę, którą polubił by pogrążyć się w namiętności i chwili zapomnienia, jakiś ambient w tle, nastrój spokoju i wytchnienia. Gosling odwraca się, przypomniał sobie o pistolecie. Spójrzcie na minę w chwili odwracania, jaka nagła zmiana klimatu. Z błogiej romantyczności tworzy się nastrój grozy i szaleństwa. MAGIA KINA. Niby jedna scena, nic się wielkiego nie działo, a Refn rozpisał to sobie w głowie pewnie przez kilka dni. I tak cały film, wirtuozeria minimalizmu. Niesamowity klimat pościgu w pierwszej scenie, który wyśmiewa wszystkich Szybkich i Wściekłych i temu podobne efektowne napierdalanki. W dodatku piękni ludzie na ekranie bo, że Carey kocham tak przyznać trzeba (żaden ze mnie homo, no ale niektóre rzeczy się widzi), że Gosling to prawdopodobnie największa osobowość kinowa ostatnich lat mieszająca to z klasyczną pięknością.

2. Hero - tu z kolei arcydzieło scenografii i tworzenia subtelności za pomocą walki, rodem ze Wschodu. Maestria operowania ruchem, spokój nawet w samych scenach walki. Fabuła niby jest, ale oddaje pole głównie krajobrazom i magii sztuk walki w odrealniony sposób. Przykład pierwszy z brzegu:

http://www.youtube.com/watch?v=vGq6FXcpxtY&feature=related

zresztą co ja będę opowiadać. USPOKAJAJĄCE sceny walki, to chyba tylko w tym filmie.

3. Oldboy - no jeśli chodzi o kino amerykańskie to Tarantino jest mistrzem w robieniu efektownego kiczu, ale w światowym nie dość, że go bije Refn to jeszcze Chan-wook Park. Zresztą sam Quentin uważa ten film za jeden z najlepszych ever. Mistrzostwo archaizmu i bezładu na ekranie jeśli są takie kategorie sztuki. Główny bohater zabijający młotkiem, linijką czy płytą CD. Żadnych mieczy czy pistoletów, to by w kinie Parka zburzyło pewien porządek archaiczności. Wszystko i na temat:

http://www.youtube.com/watch?v=eRBwvIX7Sao

4. Spirited Away - wyobraźnia przeniesiona na ekran, Miyzaki to w ogóle ma we łbie jedną wielką tęczę i co chwilę pluje tymi kolorami i postaciami na ekran. Postacie są całkowicie nielogiczne, fabuła niezgodna z niczym, a świat bez sensu. I to jest największa zaleta tego filmu przez którą nie mogą przejść ludzie przyzwyczajeni do bajek z dzieciństwa. Magia wyobraźni przeniesiona na ekran z wielką precyzją i starannością. Coś co jest chaosem w głowie zamienia się w coś co pokochały miliony. Niesamowite postacie, piękne scenerie i magia barw.


http://www.youtube.com/watch?v=FxHKulvuRhk


Szkoda, że nie ma oryginalnej sceny nigdzie bo to nie oddaje do końca o co mi chodzi.

duża przerwa

5. Avatar - a coś dumnym Amerykanom oddać trzeba. Władowanie milionów władowanych w w dziwaczny świat zielonych istot robi wrażenie i ktoś z czystej jakiejś nienawiści do Camerona może napisać, że to brzydko zrobiony film. Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do poprzednich czterech fabularnie odstaje mocno, a został też niesłusznie mianowany kultowym i ten kult jest niezrozumiały niczym podnieta Xaviego do Requiem'u. Pandora to wspaniałe miejsce w każdym bądź razie. Barwy, stworzenia na niej żyjące i Cameronowe przesłodzone sceny seksu niebieskich stworzeń. To też trzeba umieć nabrać ludzi.

6. Avengers - w zasadzie tak jak wyżej tylko tu nikt nie udaje, że jest ambitnie, przecież w kinie chodzi o wielkie wybuchy, strzelaniny i epicki rozpierdol czyż nie? Wszystko to mamy podane przy wspaniałych efektach i jest po prostu wspaniała rozrywka. I temu wolę od Avatara duużo bardziej. Radzę pójść do kina bo w TV film straci gdzieś połowę tego całego łupania.

7. Incepcja - budynki latają w powietrzu, sceny w windzie i inne. Każdy widział, każdy wie o co chodzi. I wszystko z nutką Nolanowskiej wyobraźni, gość jest w swoim świecie i tego nie ukrywa, a widać wykreowany świat jest naprawdę ciężką pracą wywalczony. Ogólnie trzeci film z rzędu, który jest hołdem dla rzemieślniczej pracy niż czystej jak łza sztuki pierwszych czterech miejsc. Ale docenić wypada.

8. Edward Nożycoręki - wypada jakoś uczcić Burtona bo ma on swój mroczny styl połączony z bajkowym, a kostiumy, bohaterowie naprawdę są z pomysłem i klasą. Szkoda, że zaczął wszystko powielać i nic nowego ostatnio nie wnosi.

9. Odlot - Pixar też musi być uczczony. Tak pięknych scen jak odlot kolorowych balonów z całego tego miejskiego buszu i trafienie do czystej dżungli to ciężko znaleźć. Ostatnie sceny mimo, że osłabiają fabularnie film to realizacyjnie świetna sprawa i sprawia radość.

10. Sin City - równie dobrze mogło być '300' chociażby. Rozmach przeniesienia czegoś z papieru na ekran godne podziwu.

Najlepiej zaśpiewane ever


TOP 10 najlepiej zaśpiewanych utworów ever.

Nie tylko głos się liczy, można nadrobić samą charyzmą nawet jak się tego głosu nie ma, można nadrobić subtelnością, można nadrobić ekspresją i energią, szaleństwem. Ani nie będę rozpisywał się o każdym z tych kawałków bo to ponad mnie, ponad myślenie przeciętnego chłopaczka ze wsi. Starałem się nie powtarzać wykonawców bo Mercury, Plant czy Waits pewnie zbytnio zdominowali by listę czy rezerwę. Wybrałem najlepsze od każdego według mnie.

1. Pink Floyd - The Great Gig In The Sky
2. Deep Purple - Child In Time
3. Led Zeppelin - Since, I've Been Loving You
4. Queen - The Show Must Go On
5. Jeff Buckley - Grace
6. The Who - Love, Reign O'er Me
7. Nick Drake - Things Behind The Sun
8. Marillion - The Great Escape
9. Slint - Slint - Good Morning, Captain
10. Sigur Ros - Popplagid

tuż za listą:

Bob Dylan - Blowin In The Wind
Bruce Springsteen - Thunder Road
Nina Simone - Wild is The Wind
Dead Can Dance - The Host of Sepharim
Eliott Smith - Beetwen The Bars
Frank Sinatra - In The Wee Small of The Morning
Joni Mitchell - Little Green
Neutral Milk Hotel - Two-Headed Boy, pt. 2
Rainbow - Stargazer
The Smiths - The Boy With The Torn In His Side
Tom Waits - Tom Traubet's Blues
Tool - Third Eye
System Of a Down - Mind

Podsumowanie dyskografii Radiohead


Podsumowanie dyskografii Radiohead.

Jako, że w końcu zamknąłem dział zwany 'poznawanie płyt Radiowyjców' poznając ostatnie u mnie w kolejności Hail to the Thief to postanowiłem sobie poprzypominać wszystkie płyty i ułożyć je w jakiejś sensownej kolejności. Zresztą zrobię to szeregując po mojemu bezsensownie utwory w 5 kategoriach, z tym, że inaczej niż na QW bo jest trochę inna skala. Jak wiadomo tak dobry zespół bo trochę ciężej bo sentyment zbytnio wpływa na układanie tego wszystkiego. Więc najgorsze kawałki z Limbs'a czy Honeya to wcale nie totalnie dno, ale słabość jeśli chodzi o nich.

W ogóle myślę raz na miesiąc czy dwa sobie walnę jakiś zespół, następny będzie Opeth czy Dream Theater może, albo jakieś Zeppeliny czy Floydy. Dobra okazja, żeby sobie odsłuchać zakurzone płyty.

1. Kid A - jasne, chcę żeby ranking wyglądał trochę ciekawej, ale po drugie ta płyta zasługuje na pierwsze miejsce i wstydu zespołowi nie robi. I dla mnie zawsze będzie tą najbardziej wyrównaną bo tutaj praktycznie wszystko uwielbiam, a OK ma odstające momenty. Poza tym specyficzny klimat, którego nie udało się powtórzyć chyba żadnego zespołowi (bo np. Modest Mouse powtórzy trochę OKejkę na Moon) oprócz Amnesiaca, który niestety tak dobry nie jest. A poza tym: How To Disappear lepsze jednak od Exit Music, a National Anthem niech sobie umownie walnie remisem z Let Down, mimo, że ten drugi lepszy ;p

Absolut: Everithing In Its Right Place, The National Anthem, How to Disappear Completely, Idioteque
Prawie Absolut: Optimistic, Motion Picture Soundtrack.
Świetnie się słucha: Kid A, Treefingers, In Limbo, Morning Bell.
Może być: -
Średnio lub wręcz słabo jak na nich: -

2. Ok Computer - jak to ją nazywają: ostatnia z wielkich płyt, które przesunęły muzykę o kilka długości. Czyli najważniejsza płyta ostatnich 20 lat jak to NAR zapowiedział. Hymn wyznawców muzyki alternatywnej, w pełni zasłużenie. Tylko dla mnie mniej wyrównany bo Lucky, Tourist czy Airbag to fajne kawałki, ale nie wzbudzają we mnie większych emocji, czyli płyta nie jest przez to czystą perfekcją. Tak czy inaczej te dwie to kosmos i od dnia zależy, która na pierwszym. U mnie przedwczoraj wygrało Kid A.

Absolut: Paranoid Android, Exit Music (For a Film), Let Down
Prawie Absolut: Karma Police, Electioneering, Climbing Up the Walls, No Surprises
Świetnie się słucha: Airbag, Subterranean Homesick Alien, Fitter Happier, Lucky, The Tourist
Może być: -
Średnio lub wręcz słabo jak na nich: -

3. The Bends - tak jak miejsca numer 1. i 2. są zawsze do przedyskutowania tak Bends zawsze siedzi na tym trzecim u praktycznie wszystkich i to zajebiste zamknięcie podium jest. Najbardziej piosenkowe, ale te piosenki zrobione są na takim luzie, że aż chce się zaśpiewać i pocieszyć życiem. Taki Fake Plastic czy Fade Out to idealnie połączenie melodii z jakimś takim melancholicznym smutkiem. I mnóstwo wspaniałych niedocenianych rzeczy w stylu Black Star czy (Nice Dream). I strasznie wyrównany album, który jest perfekcyjny do grania w Assasina ;d

Absolut: Fake Plastic Trees, Street Spirit (Fade Out)
Prawie Absolut: High and Dry, (Nice Dream), Black Star, Sulk
Świetnie się słucha: Planet Telex, The Bends , Bones, Just, My Iron Lung, Bullet Proof..I Wish I Was
Może być: -
Średnio lub wręcz słabo jak na nich: -

4. Amnesiac - taki słabszy Kid A, ale ze świetnymi przebłyskami i utrzymujący klimat ciut lepszy od In Rainbows, a nawet sporo lepszy. Dużo elektroniki, która czasami jest mi trochę obojętna, ale dużo lepsza od gofrów z Kinga. Za to jak sięgają po piosenkowość w stylu Glasshouse'a czy Knives to wiemy, że byli w formie. Plus świetny I Might Be Wrong, który dość udanie próbuje nawiązać do National Anthem pulsacją basową.

Absolut: -
Prawie Absolut: I Might Be Wrong, Knives Out, Life in a Glasshouse
Świetnie się słucha: Packt Like Sardines in a Crushd Tin Box, Pyramid Song , You and Whose Army?, Morning Bell / Amnesiac, Dollars and Cents
Może być: Pulk / Pull Revolving Doors, Hunting Bears, Like Spinning Plates
Średnio lub wręcz słabo jak na nich:

5. In Rainbows - kiedyś uważałem za typowego średniaka, ale zapuściłem wczoraj i duużo lepszy od Haila. Albo temu, że tego drugiego znam raptem dwa tygodnie i jest nieosłuchany na tyle. Przyjdzie odsłuch za rok i zachwycę się. Tutaj jest dużo równiej i ma to swój specyficzny klimat niby-nudy, ale z czasem zaczynamy rozróżniać te numery i łapią nas. Spokojne refreny, usypiające zwrotki, ale z pewną mocą, która ujawnia się z czasem. Choć Bodysnatchers to akurat rocker typowy, a Jigsaw to jeden z najlepszych numerów ostatnich lat.

Absolut: -
Prawie Absolut: Bodysnatchers, Nude, All I Need, Jigsaw Falling Into Place
Świetnie się słucha: 15 Step, Weird Fishes / Arpeggi, House of Cards
Może być: Faust Arp, Reckoner, Videotape
Średnio lub wręcz słabo jak na nich: -

6. Hail to the Thief - powiedzmy, że miejscami powalczy z In Rainbows, ale generalnie nudzi mnie bardziej. Kilka rzeczy totalnie obojętnych, ale jak pisałem wcześniej - może kwestia czasu. Pewnie kater się tu nie zgodzi, albo tego nie czyta co bardziej prawdopodobne. Nawet nie umiem specjalnie opisać płyty jako całości, zbiór przyjemnych utworów, bez większych przebłysków. Choć 2+2 = 5 akurat mocno kopie w końcówce. Choć żaden to prawie absolut ale wyróżnić można. Plus rap Yorke'a na plus.

Absolut:
Prawie Absolut: 2 + 2 = 5
Świetnie się słucha: Sail to the Moon, Backdrifts, Go to Sleep, We Suck Young Blood, The Gloaming, Myxomatosis, Scatterbrain, A Wolf at the Door
Może być: Sit Down, Where I End and You Begin, There There, I Will, A Punchup at a Wedding
Średnio lub wręcz słabo jak na nich:

7. Pablo Honey - no tam można się kłócić czy lepszy od King czy nie. W sumie szkoda czasu, ale niech będzie, że tu jest Creep, które jest przehajpione, ale bije emocjami całe nowe ich wydawnictwo, a poza tym te wszystkie piosenki co się je rzadko odpala są dużo bardziej wyraziste.

Absolut: -
Prawie Absolut: Creep
Świetnie się słucha: Stop Whispering, Lurgee
Może być: You, Anyone Can Play Guitar, I Can't,
Średnio lub wręcz słabo jak na nich: How Do You?, Thinking About You, Ripcord, Vegetable, Prove Yourself, Blow Out

8. The King of Limbs - jedno z rozczarowań roku, bezpłciowa elektronika i nuda panie. Kilka przebłysków, ale czy mi naprawdę chce się o tym pisać?

Absolut: -
Prawie Absolut: -
Świetnie się słucha: Lotus Flower, Codex
Może być: Bloom, Give Up the Ghost, Separator
Średnio lub wręcz słabo jak na nich: Morning Mr Magpie, Little by Little, Feral